ŁZA SZCZĘŚCIA

Artykuły Brak Komentarzy »

 

ŁZA SZCZĘŚCIA

Jeszcze wczoraj spływałam po policzku młodej, ślicznej dziewczyny.

Spadłam na balustradę mostku w łazienkowskim parku, po tym jak ona usłyszała, że jest kochana. Była szczęśliwa. Płakała z radości. Ech, mówię wam, jakie to było romantyczne :).

A dziś w promieniach słońca wyparowałam wraz z kroplami rosy i drobinkami wody ze stawu.

Unoszę się,………. unoszę.

Teraz, jako maluśki kłębuszek prawie niewidocznej pary, płynę w górę.

Tak lekko i przyjemnie szybować z porannym wiaterkiem, który pracowicie zbiera wszystkie maluśkie kłębuszki, bawi się nami, tworząc małe, radosne chmurki. Owieczki i Baranki.

Patrzę z góry na Ziemię, na korony drzew, ulice i domy. Są co raz mniejsze i mniejsze. Odleglejsze.

Błękit nieba uroczo koi strach przed wysokością. Jest nas co raz więcej i więcej.

Wiatr rozpędza się po pustym jeszcze niebie i zlepia nas w białe kłębki wilgotnej waty. Mocno ugniata i spycha na południe. To nasz Pasterz.

Mijamy małe miasta, łąki i wsie otulone kolorowymi skrawkami pól. Krowy na pastwisku smakowicie zajadają trawy i zioła.

- Hej! krasule! – głośno krzyczymy, ale one albo nie słyszą, albo nie wiedzą, że to my tak wysoko szybując wołamy do nich radośnie.

Widzę nasze różnokształtne cienie wędrujące cierpliwie pod nami. Są jak łaty na krowich grzbietach.

Najpiękniej jest nad lasem, pachnie żywicą i śpiewem ptaków. Czapy różnych gatunków drzew tworzą puszysty, barwny dywan.

Jest nas co raz więcej, słyszę jak inne krople opowiadają skąd pochodzą, śmieją się i rozpoznają stare przyjaźnie. O mnie mówią, że jestem trochę słona, dotykają ze śmiechem i pytają, z którego morza wiatr mnie tu przygnał. Nie chcą wierzyć, że jestem „łzą szczęścia”. Wszystkie, które tu są, wyparowały z Ziemi, z jezior, rzek, porannej rosy, nie tak jak ja,  z ludzkiego ciała.

Jest nas już tak dużo i tak chmurowo ciężko z mokrości, że pewnie niedługo znów spadniemy, podlewając i mocząc to co w dole.

Widać jakieś miasto.

Wiatr-Pasterz gna nas w tamtą stronę. Już czuć spaliny samochodów i rozgrzane powietrze ulic. Widać czerwone i szare dachy domów i okopcone na nich kominy. Wszystko takie inne niż nad polami i lasami. Napatrzeć się nie mogę tłumów ludzi i ulicznego ruchu. Liczne wieże wyciągają szpice ku niebu, jakby chcąc przedziurawić błękit, albo złapać jakąś chmurkę dla zabawy.

Jej! jak dziwnie się robi!  co się dzieje? Odrywam się od moich sióstr!

Jejku!  spadam.

Już się skraplam …plam…..plam…..plam…. 

 

Leżę na ulicy w tysiącu innych kropel. Gołębie otrzepują pióra, a przechodnie omijając kałuże szybko uciekają pod dachy, w popłochu otwierając parasole i kaptury naciągając na głowy.

Ktoś gra na trąbce, tam na tej wysokiej wieży. Słyszę głos człowieka, który głośno mówi:

 - Hejnał grają, to już południe?

Jesteśmy w Krakowie. Spadłam z innymi kroplami wprost na kamienny rynek, obok barwnych bukietów kwiaciarek.

- Zaraz, zaraz…..Chwileczkę gołębiu!!! nie chcę zniknąć w twoim dziobie!!!

- Bardziej mnie ciekawi, gdzie jutro zapędzi mnie wiatr po ponownym wyparowaniu, niż to jak wygląda twój brzuszek!

- Gołębiu!!! słyszysz?!  ……Chcę zobaczyć góry!!

- Ratunku!! …….Jestem „łzą szczęścia”, a nie wodopojem!!

- Ratu…….. uuuu.

No tak, teraz muszę zaczekać, aż wypadnę z drugiej strony, tylko czy wciąż będę „łzą szczęścia”?.

KAMIEŃ I GĄSIENICA

Artykuły Brak Komentarzy »

Kamień i gąsienica.Opadające z drzew liście, coraz częściej mówiły o bliskim odejściu Jesieni, a zimne deszcze, o nadchodzącym chłodzie i czasie odpoczynku w miękkich płatkach śniegu.Promienie Słońca coraz rzadziej odwiedzały Ziemię, nadchodził czas Nocy. Polną drogą maszerowała spóźniona Gąsienica. Pośpiesznie szukała miejsca na zimowy, długi sen, który miał przynieść jej przemianę. Miała stać się pięknym Motylem. Czekała na to od dawna, a teraz czuła, że ten czas nadejdzie Wiosną. Zimny wiatr prawie ją przewrócił, a suchy liść boleśnie uderzył w długie, delikatne ciałko. Nóżki bolały ją od długiej wędrówki w grząskim pyle polnej drogi. Zbyt długo bawiła się ze Świerszczem na łące, a teraz bardzo mało czasu jej pozostało, aby znaleźć bezpieczny dom na długie dni Nocy.

- Już czas odpocząć – pomyślała.

Przystanęła na chwilę i spojrzała na duży, przydrożny Kamień, leżący w tym miejscu od wieków. Wąska szczelina w jego boku wyglądała zacisznie i przytulnie.

- A może to dobre miejsce na odpoczynek i przemianę? – pomyślała zaciekawiona.

I postanowiła przyjrzeć się temu z bliska.

Wdrapać się na gładkie ściany głazu wcale nie było proste, jednak jej liczne, małe nóżki dobrze trzymały się ściany. Kamień mruknął coś niezadowolony z intruza. Gąsienica spadła na Ziemię, boleśnie raniąc 22 pary nóg. Ale po chwili zastanowienia postanowiła znowu spróbować. Bardzo chciała dostać się do kamiennej szczeliny. Obeszła Kamień dookoła i rozpoczęła wspinaczkę z innej strony. Już prawie dosięgała upragnionego miejsca, gdy Kamień kichnął nieoczekiwanie, ponownie strącając ją w dół.

- Uważaj! – krzyknęła zirytowana. - Nie widzisz, ze szukam zimowego schronienia? Potrzebuję odpocząć i przepoczwarzyć się w cichym, bezpiecznym miejscu. Twoja pusta i wąska szczelina z pewnością nadaje się do zamieszkania.

Kamień nic nie odpowiedział zaskoczony jej bezczelnością. Pomagać też nie miał zamiaru. Leżał w tym miejscu od tysięcy lat i widział niejedno. Znał Wiatr i Mgłę, i wszystkie Gwiazdy. Przyjemnie nagrzewało go Słońce, a z kurzu mył Deszcz. Czasem rozmawiał z przechodzącymi zwierzętami, ale one spiesząc do swoich spraw nie miały cierpliwości słuchać jego powolnych opowieści. Odchodziły nie wysłuchawszy do końca tego, o czym mówił, dlatego przyzwyczaił się do milczenia i samotności. Tylko czasem patrzył ciekawie na zmieniający się świat.

Gąsienica w końcu dotarła do cichego zakątka wewnątrz Kamienia. Uznała, że to dla niej idealne miejsce na długi, zimowy odpoczynek. Usnuła z przędzy ciepły kokon i zasnęła zmęczona długą drogą i mozolną wspinaczką.

Przyszła Zima, zasypała pola śniegiem. Kamień leniwie zerkał na zmieniony bielą świat, choć go nie mogło to zaskoczyć, ten widok znał od zawsze, tak jak wszystkie pory roku.

Czasem irytowała go kręcąca się w kokonie Gąsienica. Dziwił jej senny śmiech i ciche, radosne mamrotanie. Nawet kiedyś coś krzyczała przez sen, przestraszona przykrymi wspomnieniami. Wtedy pierwszy raz w życiu westchnął ze współczuciem.

Zachwycało Go, że w swoim wielkim, zimnym brzuchu czuje ciepło jej malutkiego ciałka.

Powoli przyzwyczajał się do jej miękkiej obecności. Polubił. Nawet pomyślał, że fajnie jest mieć przyjaciela. Kogoś, kto z takim zaufaniem szuka właśnie u niego schronienia, aby się przepoczwarzyć.

Nie do końca wiedział, co to oznacza, ale myślał, że chyba nie jest to nic złego, bo co taka mała Gąsienica, może zrobić takiemu wielkiemu Głazowi jak on?

Zima powoli traciła na srogości. Jej rozmowa ze Słońcem była cieplejsza z każdym dniem. Noc powoli odchodziła. Już Drzewa otwierały oczy, zerkając ciekawie, czy można bezpiecznie kwitnąć i wypuszczać młode listki.

Pewnego dnia Słońce, które było już całkiem wysoko na niebie, zajrzało w szczelinę Kamienia. Obudziło to gąsienicę. Kamień zaciekawiony zerknął w głąb siebie. Zaskoczony zaniemówił z wrażenia. Powoli wychodził z kokona …..Motyl.

- A więc to jest przepoczwarzaniem się gosięnicy – mruknał do siebie.

Był to piękny Paź Królowej! Najpiękniejszy z Motyli!

Nigdy wcześniej nie widział takiego ślicznego Motyla z bliska, choć latem, różne przysiadały na jego nagrzanym, wielkim brzuchu. Zachwycony pomyślał, że nawet nie wiedział, że takiego niezwykłego gościa chroni w swoim wnętrzu. Już chciał powiedzieć coś miłego, już powoli otwierał usta. W tym czasie Motyl ogrzany słońcem, całkiem już rozprostował śliczne skrzydełka. Wysuszył. Zatrzepotał nimi delikatnie. Wdrapał się na szczyt głowy Kamienia. Uniósł w powietrzu i machając z wysoka skrzydełkiem , zawołał

– Do widzenia przyjacielu, odwiedzę Cię kiedyś. Może przywędruję tu z Jesienią? Dziękuję za opiekę! – i lekko z Wiatrem odleciał na łąkę, kochać się kwiatami, tańczyć z innymi Motylami. Żyć!

Posmutniał kamień, pomyślał, że jego pierwszy w tak długim życiu przyjaciel już go opuszcza na tak długo. Nie zdążył nawet powiedzieć, że polubił jego obecność.

- Muszę teraz czekać do Jesieni, może znowu wróci? – westchnął smutny, już szykując się do mowy powitalnej.

- Za długo zastanawiałem się żeby powiedzieć mu co czuję – mamrotał zmartwiony.

– Muszę szybciej działać, tylko jak? Kamienie mają tak duuuuużo czaaaaasu, że nie muszą się z niczym spieszyć. Na wszystko mam baaaardzo duuuuużo czaaaasu – szeptał do siebie.

Wtedy rozumiał, że inni nie żyją tak długo jak On i trzeba nauczyć się szybciej działać.

GWIAZDY I KROPLE ROSY

Artykuły Brak Komentarzy »

GWIAZDY I KROPLE ROSY

dawno, dawno temu, gdy Ziemia była jeszcze płaska, Wielki Czarnoksiężnik Wszechświata postanowił nabrać w dłonie srebrnego, księżycowego światła. Wierzył, że gdy w czasie nowiu cały wykąpie się w nim, to uzyska nieśmiertelność. Pragnął bowiem odradzać się tak jak Księżyc i żyć w ten sposób do końca świata.

Poczekał na pełnię Księżyca i w zupełnej ciszy złożył dłonie w kielich. Jego palce zamieniły się w lśniący, kryształowy puchar.

Blade, księżycowe promienie wpadały w to niezwykłe naczynie, ale niestety, gdy tylko go dotknęły zamieniały się natychmiast w srebrny pył i kryształowe okruszki.

Czarnoksiężnik długo i wytrwale usiłował nabrać w dłonie księżycowego światła, ale wszystkie próby niezmiennie pozostawały nieudane. Srebrnego proszku i okruszków przybywało, a kryształowe dłonie pozostawały bez blasku.

Noc już prawie odchodziła, już widać było na wschodzie jaśniejącą Jutrzenkę. Czarnoksiężnik powoli tracił nadzieję.

Jak co dzień, obudzony brzaskiem, nadleciał zaciekawiony i wścibski Wiatr. Dmuchnął w kopczyk srebrnego pyłu, płaszczem roztrącił kryształki. Zakręcił, zawirował i rozweselony własną psotą odleciał, aby potarmosić śpiące jeszcze drzewa i beztrosko pogwizdać w kominie.

Rozsypały się  wszystkie kryształowe okruszki na Niebie, a srebrny pył na Ziemi.

Tak powstały Gwiazdy i srebrne krople Rosy.

Czarnoksiężnik rozgniewał się na intruza, ale gdy spojrzał na Niebo i Ziemię, oniemiał z zachwytu. Granatowe Niebo, choć już blednące na wschodzie, pokryte było miliardami iskier, mrugających i mieniących się wszystkimi kolorami tęczy, to były Gwiazdy, które odbijały się po stokroć w niezliczonych kroplach Rosy rozsypanych po Ziemi.

Choć od tamtej pory minęło już tysiące lat, Czarnoksiężnik ciągle siedzi na szczycie swojej kamiennej góry i patrzy w Niebo. Postanowił bowiem policzyć, nazwać i pokochać wszystkie Gwiazdy. A gdy to już uczyni, to następnym jego marzeniem jest wykapać się w zebranych kroplach Rosy, w których w czasie pełni odbija się Księżyc.

Zrozumiał bowiem, że dopiero dzięki swej cierpliwości i mądrości może stać się nieśmiertelny.

Czasem, gdy Księżyc w pełni oświetla Ziemię, widać liczącego gwiazdy Czarnoksiężnika. Nachylony nad długim zwojem pergaminu notuje coś skrzętnie i od czasu do czasu patrzy w ogromnym skupieniu w Niebo. A kiedy brakuje mu imion dla Gwiazd, wtedy bardzo uważnie spogląda na Ziemię i nadaje im imiona kwiatów rosnących na łąkach i lśniących od kropel Rosy.

MOTYL

Artykuły Brak Komentarzy »

MOTYL

” – Ech – westchnął z żalem Motyl, patrząc na zachodzące, purpurowe słońce i zamykające się kielichy kwiatów.

- Dla nich warto byłoby zostać szarą, nocną ćmą, ale poszły już spać.

Jeszcze raz, z odrobiną nadziei, zerknął na lawendę i inne zasypiające kwiaty.

Przytulił się do szorstkiego, słonecznikowego listka. Starannie złożył swoje śliczne, napudrowane skrzydełka, chroniąc je  przed nocną wilgocią. Nastawił promień słońca na 4,25 i zasnął, marząc o następnym dniu i kolejnych słodkich odwiedzinach u wonnych lawend i wyniosłych malw, pogniecionych maków i szafirowych chabrów.

Kochał to życie w słońcu, zapachu i słodyczy, nad którą tańczył niezmordowanie każdego letniego dnia.

Kochał promienie słońca, delikatnie stukające o listki i płatki kwiatów, budząc je każdego ranka .

Kochał cukrową watę na niebie, która pozwalała przez chwilę zapomnieć o upale.

Kochał ciepły wiatr, falujący łąką, jak morzem.

Kochał swoje krótkie, roztańczone życie.

Kochał wszystko, świadom ulotności lata i krótkiego życia kwiatów.

Kochał……….. dopóki żył. „

WIELKI ZIELONY śWIAT

Artykuły Brak Komentarzy »

WIELKI ZIELONY ŚWIAT

Dawno, dawno temu, gdy Ziemia była jeszcze zupełnie płaska, w Wielkim Zielonym Świecie nad Zielonym Stawem, żył skrzat Maciek. Nosił śliczną, zieloną czapeczkę i buciki ze złotymi dzwoneczkami. W żółtym kubraczku miał liczne kieszenie wypełnione barwnymi kamyczkami, szyszkami i nieprzeliczonymi skarbami.

Jego zadaniem było opiekować się Zielonym Stawem, złotymi Rybkami i królewnami Żabkami.

Skrzat Maciek wiódł spokojne życie, czasem pocałował którąś Żabkę i szedł z nią do łóżka, a czasem wygrzewał się w słonku, leniwie popijając zielone piwko, zerkając na złote Rybki pływające radośnie w Stawie.

Jednak jego spokój został zmącony.

Pewnego dnia, gdy obudził się rano i jak zwykle poszedł nakarmić złote Rybki, okazało się, że woda w Stawie jest pełna glonów, Ślimaków i Raków.

To nocą, sąsiadka, zła Wiedźma, zazdrosna o królewny Żabki, zanieczyściła wodę.

Skrzat Maciek chwycił się za głowę z rozpaczy. Wziął się jednak szybko do pracy i zaczął czyścić Zielony Staw. Przez cały dzień wyciągał Ślimaki, a całą noc wyłapywał Raki. Niestety nie wiedział, co zrobić z glonami.

Czyścił staw, czyścił i czyścił, a glonów przybywało, przybywało i przybywało. Filtrował wodę. Goły (co rzadkość u Skrzatów, bo nie lubią nagości) wchodził do Zielonego Stawu i wyciągał glony ręcznie. Wybierał sitkiem, durszlakiem, cedzakiem. I nic!!

Próbował łapać je na wędkę, cierpliwie zaczepiając haczykiem. I nic!!

Wory pełne torfu, filtrujące wodę, na nic zdały. Woda, choć zakwaszona i filtrowana, dalej była zielono-glonowa!

Złote Rybki wołały rozpaczliwie….. POWIETRZA!!!, a królewny Żabki mdlały z nadmiaru przeżyć.

W końcu skrzat Maciek zadzwonił po ratunek do Aniołów Opiekuńczych Wielkiego Zielonego Świata. Poprosił o pomoc i radę.

Przybyły Anioły, przez swe świetliste skrzydła przefiltrowały wodę i poradziły Maćkowi aby nasypał do Stawu, białych kamyków z Potoku Szczęścia.

Przez cały dzień, w swych licznych kieszonkach, nosił Maciek białe kamyczki, aż dzwoneczki przy bucikach rozdzwoniły się z pośpiechu.

Pomogło. Woda w Zielonym Stawie stała się kryształowo czysta, a od białych kamyków wesoło odbijały się promienie słońca.

Teraz złote Rybki oddychały swobodnie, a królewny Żabki skakały z radości.

Skrzat Maciek znów mógł spokojnie odpoczywać, całować Żabki i przyglądać się złotym Rybkom, leniwie popijając zielone piwko.

A Anioły czuwały nad wszystkim.

ELF USIEK (fragment)

Artykuły Brak Komentarzy »

 

„……. – Hura! Hura! Hura!

zawołała Ewunia, podskakując wesoło, aż skarpetka na lewej nóżce zsunęła jej się na kostki, a wypełniona powietrzem sukienka nadęła, jak barwny balonik. I prosto w ucho Elfa Uśka krzyknęła wesoło:

- Usiek, bardzo się cieszę, i bardzo Cię kocham, i bardzo mocno przytulam! –

Chwyciła Elfa w ramiona, przycisnęła mocno do serca i zakręciła się z nim radośnie.

- Tylko nie mów nic Zajączkowi i Muchomorkowi, bo będzie im przykro, że w całym Świecie Sennych Marzeń to Ciebie kocham najbardziej.

Elf Usiek z kamienną miną udawał, że nic go nie obchodzi radość Ewuni. Jedynie jego barwne, lśniące tęczowo skrzydełka zadrżały ze wzruszenia i szczęścia. Wyrwał się z jej ramion i udając małego twardziel, mruknął tylko cicho pod nosem:

– Nie skacz tak wysoko bo majtki ci widać i popraw skarpetkę –

i natychmiast uciekł zawstydzony własną szorstkością, schował się w kwiatach paproci i dopiero tam uśmiechnął wesoło, bo bardzo, ale to bardzo ucieszył się z tego co usłyszał.

Tymczasem Ewunia, nie speszona szorstkością Uśka, maszerowała przez las nucąc wesoło piosenkę gwizdaną przed chwilą przez Drozda Śpiewaka.

Była Aniołem, a Anioły przecież potrafią czytać w złotych sercach Elfów.

Teraz bardzo się śpieszyła do Stonogi, której obiecała pomóc sznurować liczne buciki.

Nagle przypomniała sobie, że nie przeprosiła Elfa, choć obiecała mu to kiedyś. Zwinęła dłonie w trąbkę i odwracając się w stronę kępy paproci, głośno zawołała:

- Uuusieeeek!….. Uuuusieeeek! ….bardzo Cię przepra……!

Nie dokończyła jeszcze zdania, gdy zjawił się wścibski Wiat i przerywając Ewuni, przymilnie pogwizdując, zaczął dopytywać:

- A za co chcesz Uśka przepraszać? Powiedz, za co? za co? za co?

Ewunia nie miała zamiaru mówić „za co”. Wiedziała bowiem, że plotkarz Wiatr natychmiast o wszystkim opowie napotkanym Drzewom, a one całemu Światu Sennych Marzeń. Powiedziała tylko:

– Wiesz Wietrze, przed chwilą szukała cię Echo, chyba chciała pobawić się w chowanego?

Od razu Wiatr, jak to Wiatr, zapominając o wszystkim, powiał szukać Echo, bo bardzo lubił się z nią bawić i już nie interesował się ani Ewunią, ani Uśkiem, ani przeprosinami, ani całym światem.

Elf usłyszał wołanie Ewuni, doskonale wiedział za co go przeprasza. I bardzo miło zrobiło mu się na sercu, bo myślał, że już o tym zapomniała.

Usiadł sobie wygodnie na mchowej poduszce i myślał, że fajnie jest żyć mając taką przyjaciółkę, jak Ewunia. I może mówiła prawdę, że to jego kocha najbardziej? Muszę ją o to kiedyś zapytać, pomyślał….., …….a może lepiej nie? w Świecie Sennych Marzeń wszystko jest przecież możliwe, nawet miłość Anioła”.