Magia w Ogrodzie.

Parę lat temu, wokół świeżo wybudowanego domu, zaczął powstawać MÓJ OGRÓD.

Ja, dziewczyna z miasta, nagle dostałam do zagospodarowania kawałek przestrzeni. Jakże łatwo było na papierze projektować ogrody dla innych! Teraz, nieoczekiwanie miałam tworzyć wszystko w naturze i to dla siebie! Grzebiąc się w ziemi, w torfach, w nawozach, ze szpadlem i grabiami w ręku.

Szczerze? Pojęcia o tych pracach nie miałam! Projektując ogród widzi się efekt końcowy, a nie to, co po drodze trzeba wykonać. Uff! To naprawdę był nie lada sprawdzian umiejętności i cierpliwości :).

I na dodatek wszyscy oczekiwali ode mnie………… cudu.

Początkowo niepewnie przystąpiłam do pracy, z błędami, z wielokrotnym przesadzaniem wszystkiego. Trochę bez entuzjazmu zapoznawałam się z niezwykłością kształtu, zapachu i barwy roślin. Ich indywidualnością i różnorodnością. Tak naprawdę, dopiero wtedy poznawałam ich imiona, a przez bliskość i dotyk uczyłam się je rozróżniać.

Powoli zagospodarowywany był ten mały skrawek ziemi.

Prawie wszystko robiłam własnoręcznie. Ale to właśnie ta praca, była cudem miłości, pieszczot i dotyków, głaskania wszystkich listków, listeczków, igiełek, płatków, pączków i kwiatów. Uważnego przyglądania się im , często ze szkłem powiększającym w dłoniach. Oglądania z bliska motyli, ślimaków, pędraków, mrówek i wszystkiego, co tylko żyło, pełzało, latało i żwawo przybiegało, aby zamieszkać w nowym miejscu.

Przez pierwsze dwa lata kształtowany był teren, rzeźbiona przestrzeń, niekończąca się zabawa kolorem. Ciągle dodawana i odejmowana ilość roślin, przycinana i oczywiście przesadzana. Oj, przesadzanie trwało bez końca, na ogół tych samych krzewów, czasem po 3-4 razy, ciągle coś było nie tak, więc wędrowały, wędrowały, wędrowały, aż znalazły swoje docelowe miejsce. Aż była pewność, że to już, że to tu i ….. na zawsze.

Pewnie, że roślinki zadowolone z tego nie były, ale cóż i tak nie miały innego wyjścia……. odejść same nie mogły. Ogrodu nie zakłada się przez jeden dzień, jest to ciągła praca z żywym, rozwijającym się nieustannie organizmem. Najpierw sadzimy, póżniej pielęgnujemy, aby na koniec przycinać zbyt bujnie rosnące krzewy i drzewka. I ciągle na nowo ulepszać, zmieniać, tworzyć i kształtować ten organizm.

Po zakończeniu wszystkich prac, w ogrodzie nastąpiła prawdziwa eksplozja życia. Wszystko co miało kwitnąć – kwitło, co miało pachnieć – pachniało, co miało tworzyć barwne tło – tworzyło, nic nie uschło, nie zmarniało.

Żyło i rosło, wspaniale i bujnie. Nadspodziewanie bujnie :).

Powstał Raj.

Najpiękniejsze były letnie wieczory, gdy po upalnym dniu, po zachodzie słońca, po zebraniu się kropelek wody na liściach, rośliny prostowały ramiona gałęzi, rozwijały listki skurczone upałem, wzdychały, ziewały, przeciągały się, uwalniając całą nagromadzoną w ciągu dnia słoneczną energię. Spragnione chłodu, wody i wilgoci, leniwie odpoczywały w wieczornej rosie gasząc pragnienie.

Każde takie westchnienie, to była eksplozja zapachów. Każde ziewnięcie, to taniec olejków eterycznych.

Sosny wydychały balsamiczną, uzdrawiającą woń. Kosodrzewina pachniała lepką, miodową żywicą. Lawenda szeroko rozkładała ametystowe kłosy, pachnąc słodkim spokojem. Prawie bezwonna, Naparstnica cichutkim dzwonieniem zaznaczała swoją obecność. Maki w pogniecionych, czerwonych sukienkach smutniały bez słońca, z cichym szelestem roniąc z makówek drobiny sennego maczku. Rumianki opuszczały miękko płaskie talerzyki twarzy, chyląc się ku błękitnookim Niezapominajkom, zawsze ciekawym wschodu księżyca i mrugania gwiazd.

A Lilie?! Och! One naprawdę bezwstydnie zagłuszały wszystkich mdlącą, kościelną bielą silnego zapachu.

Każdy żyjący mieszkaniec ogrodu czymś zadziwiał i zachwycał. Był i żył.

Siedziałam na schodach tarasu, w cichym podziwie. Oczami otwartymi szeroko próbowałam przeniknąć szarości i cienie zmierzchu.

Słuchałam. Słuchałam.

Rośliny szeptały, gawędziły, zamykały płatki kwiatów, szykowały się do nocnego, chłodnego odpoczynku, do słuchania śpiewu słowika. Otwierały płasko liście, do kolorowych gwiazd, do srebra księżyca, do wilgotnych kropel rosy. Liczne nocne owady, ślimaki, nornice i inne małe stworzonka, szeleściły wśród nich, uwijając się szybko w bezpiecznym mroku. Ćmy szukały resztek światła. Powoli zapadała noc.

Robiło się ciemno, kształty i kolory zacierały się w mroku. Nad całym ogrodem, nad każdą roślinką zapalały się i unosiły, niezliczone miliardy drobnych iskierek, płomyczków, światełek. Srebrnych, złotych, tęczowych, podskakujących wesoło w tańcu szczęścia.

Wtedy widać było, że Ogród jest szczęśliwym, przepełnionym miłością jednym Organizmem.

Byłam szczęśliwa razem z nim.

Tworząc własny ogród nauczyłam się kochać, słuchać i rozumieć świat przyrody.

Tak, to jest właśnie: Magia w Ogrodzie.

To właśnie jest ten ……….Cud.

Cud Miłości.

Ewa Kaczmarek